KOMEDA_1967-1969 - ŻYCIE PRYWATNE

„Komeda pojawił się w Los Angeles w grudniu 1967 roku, aby komponować i nagrać muzykę do „Rosemary’s Baby”, pierwszego hollywoodzkiego filmu Romana Polańskiego. Po kilku tygodniach pobytu w apartamencie Polańskiego, kiedy dotarła do LA jego żona, Zofia Komedowa, para przeprowadziła się do Sunset Marquis. I to nie byle gdzie, bo do apartamentu na pierwszym piętrze z oknem na hotelowe patio z basenem. Do obiektu zazdrości pozostałych hotelowych gości, a właściwie „artystycznych okupantów”, ponieważ wiadome było, że każdy ceniący się i ceniony, o ile młody – goszczący na występach w LA artysta musi, i to koniecznie musi zameldować się w tym właśnie hotelu. Aa… i jeszcze Komedzie wstawiono dźwigiem budowlanym przez to okno pianino. Więc czemu nie?
To wiemy. Komeda opowiedział i opisał w listach swoim bliskim kumplom, a Zofia wyznała, oczywiście w poufnej tajemnicy swoim najbliższym kumpelkom a kumpelki… Normalka. Wiadomo już było, że Zosia ani takiego Hollywoodu, ani takiej „Ameryki”, ani takiego amerykańskiego Komedy już raczej nie chce, a nawet p……., natomiast Krzysio i owszem oraz zachwycony. No i paszport służbowy. Dwuletni, więc gdy po takim sukcesie w „USA” wróci do kraju, aby go przedłużyć, to być może pozostanie w peerelu już na zawsze. Więc co, emigracja? I dokąd jak nie tutaj, gdzie już po kilku miesiącach zaczyna być postrzegany jako pojawiająca się na hollywoodzkim firmamencie muzyczna gwiazda.

Komedowie zaczęli się rozstawać. Po drugie pianino. No właśnie, tylko pianino w hotelowym pokoiku, a Komeda jest przecież nie tylko filmowym kompozytorem. Jest jazzmanem, a to nieźle słychać.
Oraz nie tak słychać, jak on tego wymaga, kiedy w sąsiednich apartamentach i na patio z basenem co noc balanga. A i Zosia. Może chciał ją zatrzymać obietnicą domu z ogródkiem i zaczął szukać.

Zbyt długo i w zbytniej tajemnicy z pomocą wyłącznie jednego z nowo poznanych hollywoodzkich kumpli, fotografika Marka Nizińskiego. A jak już znalazł i tylko jeszcze to tam, czy też tam tamto… Zofię jasny szlag trafił i wyjechała. Gdzie szukał i dlaczego tam, gdzie swoje nowe miejsce znalazł, znalazł?
W hollywoodzkiej historii Krzysztofa Komedy najważniejszy jest dom, a raczej domek przy Oriole Lane 1540.
Posadowiony na niewysokiej, wciętej w skarpę półce. Wręcz do niej przytulony swoją tylną ścianą z malutkim, kilkunastometrowym ogródkiem oraz sporym, jak na tę okolicę, basenem 2,5 na co najmniej cztery metry.  Wszystko niewielkie, a nawet małe począwszy od wejścia przez metrowy ganek do dziennego pokoju z kuchenną wnęką i wyjściem na ogródek,
maciupcią łazienką i sypialnią z oknem na ulicę…
Parterowy, stumetrowy w podstawie dom w stylu hiszpańsko–meksykańskim, trochę jak pueblo. Ściany z gliniastych bloczków adobe, łukowate podcienia i zacierane ręcznie, rudo beżowe i pofałdowane wapienno-piaskowe tynki stucco. Jednostronnie pochyły, prawie płaski dach pokryty rdzawoczerwoną ceglaną dachówką. Wczesny kalifornijski styl Adobe.

Domek Krzysztofa był na sprzedaż za trochę ponad 60 tysięcy dolarów. Wtedy majątek, ale i teraz wyceniony jest na 3,5 miliona.
Niewielki i wysoko, wtedy z fatalnym dojazdem, ale ze wspaniałym widokiem na Miasto Aniołów.
Nieduży parterowy domek na wysokim wzgórzu. Praktycznie nowy, wybudowany w 1958 roku. Więc tylko trochę porządków we wnętrzu, coś tam odmalować, kupić niewielkie biurko i fotel, postawić przy nich wypożyczony fortepian Baby Steinway S Grand Piano. Uruchomić i zapełnić lodówkę, rozpakować bagaże i jeszcze magnetofony, mikrofon, papiery nutowe i zatemperować ołówki. I już. Zrobione.
Więc kto poza Krzysztofem Komedą bywał w domku przy Pta-
siej uliczce?
Jak to kto, przecież się tym chwalili. Jego nowo poznani natychmiastowo najbliżsi przyjaciele. Artysta Marek Niziński i pisarz Marek Hłasko.”

https://jazzforum.com.pl/pdf/Ptasia-Uliczka-NET.pdf