KOMEDA_1967-1969 LOS ANGELES USA

W niedzielę, 17 grudnia 1967, KRZYSZTOF KOMEDA , mając 120 dolarów w kieszeni, wyruszył w swoją najdłuższą i – jak się to okazało – ostatnią podróż.

Wyleciał z Warszawy, via Londyn i Nowy Jork, do Los Angeles, a docelowo do Hollywood – stolicy światowej kinematografii.

Pojawił się tam, zaproszony do współpracy przez Romana Polańskiego, by skomponować i nagrać oprawę muzyczną do kolejnego filmu tego wspaniałego, lecz w Hollywood jeszcze wówczas nie znanego, reżysera.

Z nikomu nie znanego europejskiego kompozytora, w ciągu sześciu miesięcy stał się celebrytą, jeżdżącym wspaniałym sportowym samochodem, mieszkającym w Beverly Hills, i bywającym w najznakomitszych artystycznych towarzystwach.
Stał się hollywoodzką gwiazdą.

Niestety, nie przełożyło się to na jego życie osobiste, wręcz je zrujnowało.

Żona Krzysztofa Komedy, Zofia, nie poleciała do Los Angeles wraz z mężem.

Dotarła do Hollywood pod koniec stycznia 1968, zatrzymując się po drodze w Londynie, oraz w Nowym Jorku.

Miała być to wyprawa na dłużej, a może i na stałe, ponieważ Komedowie zdawali sobie sprawę z tego, jakim zagrożeniem dla socjalistycznego kanonu komunistycznych wartości stają się coraz bardziej nagłaśniane artystyczne sukcesy Komedy „na zgniłym Zachodzie”.

Komedowie zaczęli rozważać emigrację. I być może pomysły te wprowadziliby w życie, gdyby nie to, że Zofia zderzyła się w Hollywood z tym, czym gardziła i czego unikała – szpanem, blichtrem, knowaniami, zdradą i zakłamaniem.

Do tego, okazało się, że w tym bezwzględnym, kierującym się jedynie wartościami sukcesów środowisku, ona, nie tylko małżonka, a również opiekunka, menadżerka i „szefowa”, jak ją żartobliwie tytułował Komeda, w Stanach była tylko potulnie czekającą w domu gospodynią, i towarzyszką wieczornych eskapad – o ile Krzysztof tego zechciał.

Krzysztof zmieniał się w jej opinii na niekorzyść. Coraz częściej pozostawiał ją w hotelu samą, wracał późnymi wieczorami, a do tego pod widocznym wpływem – czemu zaprzeczał – nie tylko alkoholu.
Jeździł swoim kabrioletem mustang ryzykownie, łamiąc drogowe zakazy i ograniczenia szybkości, a jednocześnie, w tajemnicy przed Zofią, rozglądał się za porsche.

Spotykał się z Romanem Polańskim, z innymi nowo poznanymi znajomymi, wchodził w środowisko. Sam. Tak, jakby Zofia już do niczego nie była mu potrzebna. Do tego wszystkiego, przestał oszczędzać.

I to Zofię bardzo niepokoiło, ponieważ planowali kupno willi na warszawskim Żoliborzu, lub – w razie emigracji – we Włoszech albo w Wielkiej Brytanii.

Nie wytrzymała. Nie doczekała nawet premiery filmu „Rosemary’s Baby”. Powróciła do Polski w czerwcu 1968. Nigdy sobie tej rejterady nie wybaczyła.

Komeda wynajął na Beverly Hills dom, w którym pierwotnie planowali wspólnie z Zofią zamieszkać. Nastąpiła wymiana listów między Krzysztofem, Zofią i Tomaszem, z których niewiele można było dowiedzieć się o ówczesnym życiu muzyka.

Co tak naprawdę robił w Hollywood Krzysztof Komeda? Rzeczy dobre i złe, mądre i głupie, przewidywalne i nieprzewidywalne.

Przewidywalnie wprowadził w swoje życie, młodszą od Zofii o jedenaście lat, śpiewającą aktorkę z Izraela, Elanę Eden (właśc. Elana Lani Cooper, ur.1940).

Poznał ją tuż po przylocie do Los Angeles, na przyjęciu u Bronisława Kapera, słynnego polskiego kompozytora, zdobywcy Oskara za kompozycję „Lilli”, członka Akademii Filmowej i znanego w środowisku konesera młodych, rozpoczynających karierę aktorek.

Nieprzewidywalnym natomiast było wprowadzenie się samemu do niewielkiego, ale bardzo kosztownego domu na wzgórzach Beverly Hills, i zaproszenie tam praktycznie na stałe dwóch polskich kumpli – słynnego w Europie pisarza, politycznego banitę i nie liczącego się ze skutkami swoich, nie zawsze czystych czynów, zwłaszcza po alkoholu, czyli zazwyczaj, rozrabiakę Marka Hłasko, oraz Marka „Nizicha” Nizińskiego, fotografika.

I tak oto, autor „Kołysanki Rosemary”, genialny kompozytor, wschodząca gwiazda hollywoodzkiej kinematografii, zamiast udzielać się, bywać i brylować na świeczniku, robiąc karierę, przesiadywał samotnie za wypożyczonym i wstawionym do livingu roomu fortepianem.
Komponował muzykę do kolejnego filmu – „The Riot”, w reżyserii Buzza Kulika.

Natomiast wieczorami, o ile nie wytrwał nad klawiaturą do świtu, zazwyczaj jedno z dwojga, czyli raz spotkanie z Elaną, a innym razem suto podlewane alkoholem dyskusje z kumplami o meandrach życiowych losów.
W tych beverlyhillowskich amokach, „ostatni tacy przyjaciele” wyśpiewywali, porykując i koszmarnie fałszując, przy akompaniamencie Mr. Komedy, autentycznej hollywoodzkiej gwiazdy, rosyjskie i radzieckie pieśni ludowe.

Był 12 października 1968. Dom Komedy przy Oriole Lane tętnił wieczornym życiem.
Przyjaciele z Polski, w tym Hłasko, pili alkohol i przekrzykiwali się.
Chwilę później zdarzyła się tragedia, której następstwa doprowadziły do przerwania świetnie zapowiadającej się kariery autora „Kołysanki Rosemary”.

W jakich okolicznościach Komeda spadł ze skarpy przy domu, chyba już nigdy nie dowiemy się.
Przyjaciel Komedy, Andrzej Krakowski, który był w domu przy Oriole Lane tego feralnego wieczoru, twierdzi, że pijany Hłasko biegł za Krzysztofem, by ten odparł zarzut, że pisarz „jest pasożytem”.

Krakowski po raz pierwszy podzielił się tą wersją historii na łamach książki Magdaleny Grzebałkowskiej.

Hłasko podobno popchnął Komedę, a ten spadł z wysokiej skarpy. Hłasko zszedł po przyjaciela, lecz kiedy wnosił go do góry, przewrócił się i upadł swoim 120-kilogramowym cielskiem prosto na głowę Komedy.

Muzyk stracił przytomność. Po kilku minutach wrócił do siebie i śmiał się z całej sytuacji.

Wezwana karetka zabrała Krzysztofa do szpitala, jednak badania nie wykazały wewnętrznych obrażeń, i Komeda wrócił do domu.
Niestety, stan Krzysztofa z dnia na dzień pogarszał się.

O tym incydencie Krzysztof nie powiedział nic najbliższej sobie wówczas osobie, Elanie, ani żadnemu ze znajomych.

Elana zaś zaakceptowała w ciemno, w ciągu kolejnych trzech miesięcy, przez wszystkich innych dostrzegane symptomy poważnego urazu głowy. Nie dopytywała.

Powstaje pytanie: dlaczego Krzysztof, przecież znakomity laryngolog, niczego nie widział, patrząc na siebie w lustrze? Jakąż to tajemnicę Komeda, Hłasko, Niziński i inni skrywali, że nawet Elana nie mogła się o niczym dowiedzieć?

Lekarz, prowadzący wówczas grypową kurację Komedy, Dr. Peter Gabor, z którym Krzysztof również był zaprzyjaźniony, także nic nie słyszał, i niczego nie podejrzewał.

Do Zofii przychodziły od Krzysztofa ze Stanów kolejne listy, prośby o załatwienie tego czy tamtego, oraz kartki pocztowe do Tomasza.
Na fotografiach – sportowe samochody i jachty, a na pocztówce z połowy listopada – diabelski stok na Mammoth Mountain, gdzie właśnie po raz kolejny Komeda pojechał na narty.

Na początku grudnia, po raz pierwszy od paru miesięcy, Krzysztof przesłał za pośrednictwem znajomego kilkaset dolarów, z prośbą o przekazanie połowy jego rodzicom.

Tydzień przed świętami – telegram z życzeniami.
I złowroga cisza.

19 grudnia 1968 Krzysztof nagle stracił przytomność. Trafił do szpitala w Los Angeles.
Nikt nie wiedział, że uraz głowy podczas upadku ze skarpy spowodował narastający wylew wewnątrzczaszkowy.
Komeda był leczony pod kątem walki z grypą Hong Kong. na którą w tym czasie faktycznie był chory.
Zażywał leki, począwszy od aspiryny, które przy okazji rozrzedzały krew, co pogorszyło sytuację.
W szpitalu uznano, że Krzysztof stracił przytomność z powodu osłabienia organizmu grypą. Zalecono kilkudniowy regenerujący pobyt, wzmacniające kroplówki, kolejne, jeszcze silniejsze leki, i obserwację.

Dopiero, gdy, ukrywany z niewiadomych powodów, incydent na skarpie wyszedł na jaw, wykonano po raz pierwszy szczegółowe badania neurologiczne. Pilnie usunięto wylew krwi do mózgu za pomocą odessania, jednak to nie całkiem udało się.

Po kilku dniach okazało się, że zoperowany Krzysztof nadal nie odzyskuje przytomności.
Pełni optymizmu lekarze zapewniali, że wszystko jest w porządku, jednak rehabilitacja może potrwać tygodniami.

Krzysztof, kiedy jeszcze był przytomny, zabronił zawiadamiać Zofię. Uważał, że jego organizm pokona chorobę.

Jednak teraz Niziński i Hłasko zrozumieli, że muszą zawiadomić Zofię.
Nie bardzo wiedzieli, jak się zachować. Byli sami. Najbliższy przyjaciel Komedy, Roman Polański, był w Europie.
Oczekiwał spotkania z Krzysztofem we włoskich Dolomitach, w Cortina d’Ampezzo, gdzie mieli spędzić wspólnie Święta, i przez dwa tygodnie jeździć na nartach.

W czwartek, 16 stycznia 1969, dodzwonił się do warszawskiego mieszkania Zofii przyjaciel z dawnych, krakowskich lat, Staszek Otałęga – kiedyś jazzman, a teraz mieszkający w Nowym Jorku biznesmen.
Po paru godzinach, również z Nowego Jorku, zatelefonowała aktorka, Elżbieta Czyżewska i pisarz, Jerzy Kosiński.
Pytali, czy Zosia wie, bo właśnie w nowojorskich gazetach…? Boże! Czy to możliwe?! Krzysio Komeda w śpiączce, leży w Los Angeles, w Midway Hospital. Od trzech tygodni, po nieudanej operacji mózgu. Podobno jakiś wypadek.

Zofia dotarła do Los Angeles późnym wieczorem, 21 stycznia 1969, piątego dnia po otrzymaniu wiadomości.

Po przyjeździe do Stanów, postanowiła, że doprowadzi do kolejnej operacji.
Jednak potrzebne były pieniądze. Szpital kosztował 30 tys. dolarów, łącznie z operacją, a każdy następny tydzień – 3 tysiące.

W tym stanie zdrowia, jak przewidywali lekarze, Krzysztof miał pozostać jeszcze 3 do 6 miesięcy. Później musiałby pozostać jeszcze w sanatorium około roku.
Wykluczone było przewiezienie go do Polski.

Niestety, Zofia nie mogła liczyć na pomoc, raczej odwrotnie – spotkało ją wiele przykrości. Krzysztofa okradziono, kiedy był w śpiączce. Ktoś podszył się pod jego najbliższą rodzinę, i okradł go.
Poza dwoma tysiącami dolarów na koncie, brakowało złotego Patka, złotej zapalniczki Dunhilla, i, co najważniejsze, większości taśm magnetofonowych oraz zapisów nutowych z nowymi kompozycjami Komedy, napisanymi w Hollywood.

Zofia podjęła pracę u szwaczki polskiego pochodzenia, by zarobić na swoje utrzymanie w Stanach.

Przypadek Komedy opisano od strony medycznej, jako „subdural haematoma” – krwiak podoponowy, spowodowany krwotokiem pomiędzy oponą twardą i pajęczynówką.
Obecni przy Komedzie w trakcie jego choroby przyjaciele i znajomi, począwszy od Romana Polańskiego, zgodnie stwierdzili „sińce i opuchliznę pod oczami oraz na skroniach, i przekrwione gałki oczne”.

Zarówno Zofia, jak i odwiedzający Krzysztofa przyjaciele, wspominali o nagłych objawach, które Dr. Gabor nazwał „niekontrolowanymi i przypadkowymi, impulsywnymi odruchami”.
Zmieniający się wyraz nieruchomego wzroku, łzy, wędrówki palców po pościeli, a nawet lekkie uściśnięcia dłoni Zofii, czy też witających się z nim przyjaciół. Czasami ciche pojękiwania lub niezrozumiałe dźwięki.
Kilka dni po operacji, nagłe poderwanie się do pozycji siedzącej, kiedy Wojciech Frykowski odtworzył na ustawionym w pobliżu łóżka adapterze kołysankę z „Rosemary’s Baby”.

Niestety, jedynie na parę sekund. „Stres mięśni” – skwitował Dr. Gabor. Zofia Komedowa była odmiennego zdania. Twierdziła, że Krzysztof słyszy, być może również dostrzega, myśli, rozumie, pamięta, i próbuje się komunikować. Ale nie mówił.

„Pielgrzymowaliśmy do szpitala do białego łóżka, na którym leżał ktoś ostrzyżony i wychudzony” – wspominał w swojej książce przyjaciel muzyka, Henryk Grynberg. „Z przedziurawionym gardłem, jak po morderstwie. Przywiązany był kilkoma kablami do życia, ale dawał o nim znać tylko palcami lewej ręki, które poruszały się jakby grał, jakby żyła w nim jeszcze muzyka”.

Zofia Komedowa pozostała w Los Angeles z Krzysztofem przez trzy miesiące – do 18 kwietnia 1969, gdy nie miała już żadnej możliwości dokonania innego wyboru.

Szpital odmówił przeprowadzenia kolejnej operacji, tym razem – jak to sugerował poproszony przez Zofię o konsultację zaprzyjaźniony lekarz, Dr. Otto Lauterbach – trepanacji czaszki i klasycznego zabiegu na odsłoniętym mózgu.

Kiedy Zofia Komedowa dotarła do Hollywood, dyrekcja szpitala już wiedziała, że Mr. Komeda będzie za chwilę kompletnym bankrutem. Jego lekarz, Dr. Gabor, poza prywatną praktyką, był jednocześnie pracownikiem szpitala. Proste – Ameryka.

Oszczędności, które w Stanach posiadał Krzysztof Komeda, wystarczyły na dwa pierwsze tygodnie. Potem, po wyzerowaniu bankowego konta, zaczęła się dla Zofii żebranina.
Do czasu, ponieważ nawet najbardziej hojne dary finansowe amerykańskich przyjaciół – Romana Polańskiego, zaprzyjaźnionych pracowników Paramount Pictures, jazzmanów i jazz fanów – nie były w stanie pokryć codziennych kosztów utrzymania.
Zaprzyjaźniony z Komedami adwokat, Wally Wolf, próbował negocjować z producentem „amerykańskich” filmów Komedy, wytwórnią Paramount Pictures, pokrycie narastającego w szpitalu zadłużenia, poprzez szybkie wydanie płyt z muzyką filmową Krzysztofa. Bezskutecznie.

W rezultacie, w zamian za bezterminowe przejęcie praw do muzyki z filmów „Rosemary’s Baby” i „The Riot”, wytwórnia zobowiązała się do pokrycia zadłużenia, naliczonego do dnia zawarcia ugody. Natomiast szpital zawiadomił mecenasa Wolfa, że nie dostrzega możliwości ani sensu dalszego pobytu Mr. Komedy.

Sugerowano szybkie przeniesienie chorego do jakiegoś innego – zapewne socjalnego – szpitala. Czyli do umieralni, bez możliwości dostępu do jakiegokolwiek sprzętu specjalistycznego.

Nikt już Zofii Komedowej nie potrafił pomóc.

Zofia podjęła heroiczny wysiłek, by przewieźć Krzysztofa do Warszawy.
Po wielu dyskusjach w gronie najbliższych przyjaciół, oraz konsultacji z mecenasem Wallym Wolfem, a także zmuszeniu Konsulatu Polskiego w USA do pomocy, Zofia otrzymała od polskiego MSZ gwarancję częściowego pokrycia kosztów przelotu do Polski.

Po nawiązaniu kontaktu ze szpitalem w Warszawie, Zofia pożyczyła od Wolfa brakujące do opłacenia biletów lotniczych dolary – łączny koszt przelotu wyniósł prawie dwa tysiące. I uciekła z Hollywood po raz drugi do Polski.

Praktycznie uciekła, ponieważ po pierwsze, jeszcze wierzyła w ocalenie Komedy i w ponowną operację, omawianą korespondencyjnie z warszawskimi neurologami.

Po drugie dlatego, że gdyby wytwórnia filmowa nie dogadała się ze szpitalem, a ten zgłosił zadłużenie, jako zamierzone oszustwo czy też wyłudzenie, wtedy Komeda skończyłby w umieralni, i został już na zawsze w LA, na jakimś cmentarzu.

Niestety, personelowi warszawskiego szpitala na Oczki nie udało się uratować muzyka.

Krzysztof Komeda odszedł 23 kwietnia 1969, trzeciego dnia po przylocie do Polski, w środę, kilka minut przed godziną czternastą. Za 4 dni skończyłby 38 lat.

Nie doczekał zaplanowanej na czwartek operacji.

Jeszcze w Midway Hospital zapadł na zapalenie płuc, które w dniu opuszczenia szpitala było już obustronne.

Jednak tej informacji nie umieszczono w wypisie. Odkryli to dopiero lekarze w londyńskim szpitalu, gdzie spędził noc po przelocie nad Atlantykiem. Za późno. Trzy miesiące w śpiączce, błędnie zdiagnozowany i niewłaściwie leczony, nękany chorobami, wychudły, krańcowo osłabiony, pozbawiony odporności. Na cokolwiek było już za późno.

 

KOMEDA_1967-1969 - PRACA ZAWODOWA

KOMEDA_1967-1969 - ŻYCIE PRYWATNE

KOMEDA_1967-1969 - TRAGICZNY WYPADEK